Los złożony w niewłaściwe ręce
Jedna fatalna decyzja, błąd, który przekreślił moje cudowne plany, nadzieje, marzenia, zrujnował młodego ambitnego biznesmena. Nie chcę się żalić na zły los czy wyrzucać z siebie goryczy. Już dawno pogodziłem się z tym co wydarzyło się z moim życiu. Z pewnością wiele osób czytających moją historię, stwierdzi, że jest banalna, książkowy przykład jak łatwo wpaść w długi.
Chcę się podzielić doświadczeniem, by inni nie popełnili moich błędów, a błahe jak się wydają na początku fakty, rozważnie analizowali. Mam 40 lat i obecnie jestem na plusie. To ważne, bo ostatnie 12 lat, ciągle pod kreską. Wreszcie budzę się rano spokojny, bez tysięcy oszczędności na koncie, ale z czymś tam odłożonym na czarną godzinę.
Odkąd pamiętam wiedziałem, że będę pracował na swoim. Pod koniec lat 90. wyjechałem do Anglii, biegle znałem angielski i bez trudu znalazłem pracę w call center. Po dwóch latach wróciłem do kraju postanowiłem spróbować. Wynająłem biuro, zatrudniłem kilka osób, sam siedziałem na słuchawkach, szukałem zleceniodawców. Pierwsze sukcesy, lukratywne kontrakty i wysoka zdolność kredytowa. Banki bardzo chętnie ze mną rozmawiały, przedstawiały propozycje, kusiły kartami i kredytami. Również firmy pozabankowe, oferujące pożyczki na dowód dzwoniły.
Postawiłem na rozwój firmy. Zacząłem szukać nieruchomości, nie zamierzałem dłużej wynajmować. Chciałem tworzyć nowe miejsca pracy, stwarzać młodym, ambitnym ludziom dobre warunki pracy i płacy. Zawsze byłem uczciwym przedsiębiorcą i przez to też zaufaniem obdarzam każdego, kogo spotykam na swojej drodze. A to błąd.
Dodam, że byłem już wówczas po ślubie. Stosunkowo wcześnie zdecydowałem się na małżeństwo, ale nigdy nie żałowałem i nie żałuję. Żona poznała mnie jak nie miałem wiele, więc nigdy nie stawiała pieniędzy na pierwszym miejscu. Miała swoją pracę w małym butiku z ubraniami. Nie czuła potrzeby, by coś zmieniać i tak jest do tej pory, tylko butik nieco się powiększył.
Zacząłem szukać lokalu. Pod uwagę brałem lokalizację, stan nieruchomości oraz powierzchnię. Zależało mi na dobrej komunikacji, nie każdy porusza się samochodem, po drugie zależało mi na tym, by nie wymagała dużych nakładów finansowych na początek, chodziło mi o remont. Po żmudnych, kilkutygodniowych poszukiwaniach nie znalazłem nic, co by mnie bardziej zainteresowało. W końcu znajomy znajomego sprzedawał lokal, który służył za biuro ubezpieczeniowe, niedaleko centrum, a zarazem w cichej okolicy. Nie znałem go za dobrze, ale wszystko mi w tej nieruchomości odpowiadało.
Wiedziałem, że nieruchomość obciążona jest hipoteką, jednak nie był to wówczas problem. Sprawę powierzyłem, jak mi się wydawało, dobremu prawnikowi, który wszystko dobrze sprawdzi. Szybko dostałem kredyt z banku i przypieczętowałem transakcję. Stara ekipa pracowników zasiadła w wygodnym, nowym biurze, a ja zacząłem zatrudniać kolejnych pracowników.
Okazało się, że długi poprzedniego właściciela przewyższały wartość nabytej przeze mnie nieruchomości. A sam zadłużony nie wykazywał najmniejszej chęci na spłatę zadłużenia. Nie mogłem się wycofać, bo za dużo bym stracił, wysoki kredyt, bardzo duże koszty ochrony przed licytacją. Dodatkowo trudni wierzyciele, którzy nie byli chętni na jakąkolwiek ugodę. Wówczas już zaczęły się pożyczki na konto bez zaświadczeń, chwilówki na dowód, bez nich bym nie przetrwał.
Zamiast skupić się na pracy, nowych zleceniach, dbałości o stałych klientów, zacząłem walkę o przetrwanie. Do tego wszystkiego biur call center przybywało, a zaczynał się kryzys. Dochód spadał z każdym miesiącem, a koszty rosły. Zaczęli pojawiać się nieujawnieni wierzyciele wcześniejszego właściciela, przepychanka z komornikami, procesy. Banki wypowiedziały mi umowy kredytowe.
Zamknąłem firmę, wystawiłem nieruchomość na sprzedaż. Długi były olbrzymie, stąd daruję sobie podawanie kwot. Zatrudniłem się jako telemarketer w jednej z firm medycznych. Popołudniami dodatkowo zajmowałem się wyszukiwaniem zleceniodawców dla różnych firm, brałem wszystko co się trafiło. Żona również podjęła dodatkową pracę. Ciężko każdego dnia pracowaliśmy na każdą złotówkę. Jestem jej wdzięczny bo była i jest wsparciem psychicznym i finansowym. Nie była zobowiązana do spłaty moich długów, a jednak walczyła o mnie, o nas. Przez ostatnich kilka lat żyliśmy bardzo skromnie, ale dziś jesteśmy wolni. Zdarzało się, że konieczna była chwilówka bez zaświadczeń czy raty na dowód przez internet, ale tylko, gdy brakowało na podstawowe rzeczy.
Chciałem walczyć o odszkodowanie, przecież wszystko odbywało się pod okiem prawnika, ale nie jestem w stanie nic zrobić. To zamknięte środowisko, broni swój swojego. Złożyłem swoje życie, przyszłość swoją i żony w ręce człowieka, który jak widać nie posiadał odpowiedniej wiedzy i doświadczenia, by zajmować się tego typu transakcjami. Moja wina. Dziś zanim powierzę komukolwiek w jakikolwiek sposób mój los, sprawdzam tą osobę na różne sposoby.
Nie chcę już prowadzić firmy, pracuję na etacie jako telemarketer, według mnie Polska nie sprzyja przedsiębiorcom. Wyszedłem z ogromnych długów, nie ma rzeczy niemożliwych!
Antek, Kraków







