Oszukany za granicą
Wychowałem się w przeciętnej rodzinie w mieście liczącym kilkaset tysięcy mieszkańców. Nigdy nie zaznałem głodu ani biedy jednak nie można powiedzieć, żeby moja rodzina była zamożna. Tata pracował w fabryce, mama była woźną w lokalnej szkole podstawowej. Nigdy nie ciągnęło mnie za specjalnie do nauki. Odkąd pamiętam każdą wolną chwilę spędzałem na boisku z piłką przy nodze, niezależnie od tego jaka była pogoda i czy byli ze mną rówieśnicy. Strzelałem bramki i ćwiczyłem kiwki chcąc być jak Zinedine Zidane i Luis Nazario De Lima. Trenowałem w miejskim klubie sportowym każdego dnia marząc o karierze napastnika. Podejrzewam, że jakbym dorastał w dzisiejszych czasach rodzice wysłaliby mnie do szkoły sportowej z internatem.
Do dzisiaj po moich plecach przechodzą ciarki, gdy przypomnę sobie pierwszy rozegrany mecz w lidze młodzieżowej i strzelonego tam gola, który dał zwycięstwo mojej drużynie. Rodzice wspierali mnie w mojej pasji, trener stale motywował powtarzając, że mam talent i jak tylko będę ciężko pracować mogę zajść daleko i osiągnąć sukces. Niestety moje marzenia i sny o karierze legły w gruzach, gdy podczas jednego z meczy obrońca przeciwnej drużyny chciał odebrać mi piłkę wślizgiem i doznałem poważnej kontuzji prawego kolana. Pamiętam ten niesamowity ból, z boiska zostałem zniesiony na noszach. Później była operacja, a po niej usłyszałem słowa lekarza, które były dla mnie niczym wyrok. Jeśli nie chcę skończyć na wózku inwalidzkim to nie mogę już nigdy więcej zagrać w piłkę. Można powiedzieć, że po tym wydarzeniu moje życie stało się normalne, aż do bólu.
Dosyć szybko poszedłem do pracy i zacząłem na siebie zarabiać. Po części wynikało to z tego, że chciałem mieć swoje pieniądze, a rodzice nie byli w stanie mi ich dać. Jednak z drugiej strony byli zawiedzieni tym, że nie chciałem się edukować i stwierdzili, że jak nie chcę się uczyć to mam iść do pracy. Tak mijały mi miesiące i lata, pracowałem za niezbyt duże pieniądze i co jakiś czas zmieniałem miejsce zatrudnienia. Moja pensja nigdy nie przekraczała 2 tysięcy złotych netto. Po odjęciu od tej sumy pieniędzy, które dawałem rodzicom za wspólne mieszkanie i opłaceniu podstawowych potrzeb niewiele mi zostawało.
Jednak w końcu pewnego dnia los się do mnie uśmiechnął i kolega z pracy zaproponował mi wyjazd do pracy Holandii na plantację tulipanów. Mamił mnie perspektywą wysokich zarobków, mówił również, że jak się sprawdzę w sezonie to załatwi mi na miejscu następną pracę, gdy ta się skończy. Długo się nie zastanawiałem, to było niczym dar z niebios! Rodzice, którzy od zawsze należeli do bojaźliwych i sceptycznych ludzi, ostrzegali mnie przed tym wyjazdem jednak nie brałem ich słów do siebie. Wyjazd do pracy za granicę wiązał się ze sporymi kosztami.
Musiałem na własny koszt zorganizować sobie transport, a także środki, aby utrzymać się tam na miejscu do pierwszej wypłaty. Nie miałem oszczędności, ani żadnych znajomych, którzy byliby w stanie pożyczyć mi kilka tysięcy złotych, a znając nastawienie swoich rodziców do całej sprawy, ich nawet nie chciałem pytać. Zależało mi na tym wyjeździe, ponieważ wiązałem z nim duże nadzieje, dlatego nie mając innego wyboru zdecydowałem się na wzięcie pożyczki chwilówki.
Pożyczyłem 4000zł na 60 dni wierząc w to, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, a ja oddam pożyczone pieniądze w terminie. Już po przybyciu na miejsce powinienem zauważyć pierwsze niepokojące sygnały. Zapewniano mnie, że zostanę odebrany z lotniska, natomiast tuż po moim przybyciu do Holandii znajomy zadzwonił do mnie przepraszając, że nie może po mnie przyjechać i podał mi adres, abym sam dotarł na miejsce. Panujące tam warunki pozostawiały wiele do życzenia, jednak nie przyjechałem tu na wakacje, więc zacisnąłem zęby i nie narzekałem. Sama praca należała raczej do tych ciężkich.
Cały czas na zgiętym krzyżu w palącym słońcu, dodatkowo byliśmy rozliczani za akord, czyli ile się zrobiło tyle się zarobiło. Wizja wynagrodzenia w euro stanowiła wystarczającą motywację, aby znosić te wszystkie trudy. Po jakimś czasie zaczęła kończyć mi się gotówka, więc dopytywałem się znajomego o moją wypłątę. Najpierw oznajmił mi, że będzie mieć pieniądze dla mnie jutro, bo nie mógł się dogadać z naszym pracodawcą. Niestety jak można się domyśleć następnego dnia się nie pojawił i zaczął mnie unikać. Byłem w kropce, nie wiedziałem co robić.
W portfelu zostały mi ostatnie grosze, a nie znając ani słowa po holendersku i angielsku nie mogłem nic załatwić z kierownikiem hodowli. W końcu jeden z pracujących ze mną Polaków zaoferował się, że posłuży za tłumacza w rozmowie z kierownikiem. Z rozmowy dowiedziałem się, że kierownik rozliczał się każdego tygodnia z moim znajomym za pracę podesłanych przez niego osób. Okazało się również, że oprócz mnie jeszcze kilka osób znajduje się w takiej samej sytuacji. Po znajomym wszelki słuch zaginął, nikt nie był w stanie powiedzieć gdzie się znajduje, a jego telefon milczał. Chciałem dogadać się z kierownikiem i pracować bezpośrednio dla niego jednak on z tylko znanych sobie powodów nie chciał o tym słyszeć.
Nie miałem wyboru, musiałem wracać do Polski. Nie miałem pieniędzy na bilet, ani znikąd możliwości pożyczki, więc byłem zmuszony wrócić autostopem. W innej sytuacji zapewne byłbym podekscytowany i potraktowałbym to jako wielką przygodę, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, byłem załamany minionymi wydarzeniami. Nie dość, że zostałem oszukany na niemałe pieniądze to jeszcze ciążył na mnie dług za chwilówkę, której termin spłaty kończył się lada dzień. Do tego wszystkiego dochodził niesamowity wstyd przed rodzicami. Chyba najcięższe z tego wszystkiego było dla mnie spojrzenie im w oczy i przyznanie się do błędu. Niestety nie udało mi się spłacić pożyczki w terminie, jednak szybko znalazłem w miarę dobrze płatną pracę jako kierowca.
Z firmą pożyczkową udało mi się dojść do porozumienia i rozłożyć dług na raty. Zadłużenie spłaciłem już prawie w całości i można powiedzieć, że wyszedłem na prostą. W nowej pracy poznałem kobietę, z którą obecnie jestem w związku i planujemy wspólnie zamieszkać jak tylko do końca spłacę swoje długi. Choć drugi raz nie pojechałbym do pracy za granicę to jak to mówi polskie przysłowie – nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.
Łukasz, Kędzierzyn Koźle







