Oszukany w pracy za granicą
Rzuciłem dobrze płatną pracę w Polsce, zostawiłem żonę z dwójką małych dzieci, by zarobić szybciej, więcej, a straciłem wszystko. Oprócz pieniędzy, godność. Wpadłem w długi. Przez miesiące nie potrafiłem się z tego podnieść.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że oszukał mnie Polak, którego znałem, wydawało mi się, że znałem! O wyjeździe do pracy za granicą myślałem od dłuższego czasu, a to dlatego, że z jednej pensji, choć całkiem dobrej, trudno jest utrzymać czteroosobową rodzinę.
W planach mieliśmy budowę domu, bo nasze M2 po dziadkach stało się małe dla dwójki dorosłych i dwóch małych pociech. Dziewczynka i chłopiec też nie mogli mieszkać w jednym pokoju, stąd w planach mieliśmy powolną budowę domu. Spokojnie mogliśmy rozłożyć ją na lata. Działkę dostaliśmy od rodziców żony, czyli spory wydatek już odpadał.
Gdy pojawiła się opcja wyjazdu za granicę do pracy, praktycznie nie miałem wątpliwości. Czy tu czy tam pracowałbym podobnie, ale za większe pieniądze. Wiadomo, że żona zostałaby tu sama z dwójką małych dzieci, ale to rozwiązanie miało być tylko na kilka lat.
Znajomego z podwórka spotkałem przypadkiem podczas zakupów w markecie budowlanym. Świetnie ubrany, ze stoickim spokojem, na luzie. Rozmawialiśmy krótką chwilę, wręczył wizytówkę, prowadził firmę w Niemczech. Na odchodne rzucił zadzwoń za jakieś trzy, cztery tygodnie będę potrzebował pracowników.
Po miesiącu zadzwoniłem, miał być w Polsce za jakiś tydzień, umówiliśmy się na spotkanie. Stawka godzinowa zaparła mi dech, do tego zapewniał zakwaterowanie i wyżywienie. Nie mówił, że będą super warunki, bo mieliśmy mieszkać w domkach kempingowych, ale przecież jechałem tam do pracy, a nie na wczasy. Ustaliliśmy z żoną, że pojadę. Rzuciłem dobrze płatną pracę w Polsce. Ze swoim szefem rozstałem się z dnia na dzień. Nie robił mi problemów z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia, rozstaliśmy się praktycznie od razu za porozumieniem stron.
Zanim wyjechałem wziąłem jeszcze kredyt na kwotę 5 tys zł, by pokryć najważniejsze wydatki, a część zostawić żonie w razie gdyby dzieci chorowały albo coś się działo. Spakowałem torbę, najpotrzebniejsze rzeczy i zapakowałem się do busa.
Na miejscu odebrał mnie jakiś znajomy znajomego, który od czasu do czasu pomagał. Po przyjeździe wskazano mi domek, łóżko, szafkę. Wieczorem przyjechał znajomy poprosił o dokumenty niezbędne do podpisania umowy.
Odpocząłem i następnego dnia z pełną parą ruszyłem do pracy. Nie było lekko, ludzie też nie byli zbyt sympatyczni. Nie przyjechałem jednak szukać przyjaciół a zarabiać. Pracowaliśmy po 12, 13 godzin dziennie, a zdarzało się, że nawet dłużej.
Po miesiącu zapytałem o umowę, bo pieniądze dostałem do ręki i to tylko ¼ umówionej kwoty. Znajomy się tłumaczył, że księgowa jest na urlopie i po powrocie ogarnie pracę. Wyżywienie było tragiczne, więc musiałem kupować. Pieniądze się kończyły. Poprosiłem żonę, by wzięła jakąś chwilówkę i dosłała kasę, bo znajomy zarzekał się, że wszystko wypłaci co do grosza. Mijały tygodnie, a ja nie zobaczyłem ani umowy, ani więcej pieniędzy. Chyba siedziałem tam tylko dlatego, że w końcu miałem nadzieję, że wypłaci mi wszystko. Był bardzo przekonujący, uprzejmy i zawsze miał dobre wytłumaczenie. Zatrudniał nie tylko mnie! Inni tez skarżyli się, że nie wypłaca regularnie.
Wtedy powinna obudzić się moja czujność. Żona pożyczała kolejne pieniądze od znajomych i rodziny, by utrzymać siebie i dzieci i coś przesłać dla mnie! Zacząłem rozmawiać z innymi pracownikami coraz bardziej otwarcie. Okazało się, że wszyscy są od niedawna u niego zatrudnieni, nie ma nikogo z zeszłego roku. Na kempingu od Niemców dowiedziałem się, że drugi sezon wynajmuje domki dla pracowników i rok wcześniej zmył się po angielsku, kiedy skończyły się zlecenia, zostawiając ludzi bez pieniędzy.
Nasze ostatnie spotkanie było mało przyjemne, zaśmiał mi się w twarz, pewnie bym mu ją obił, gdyby nie dwa karki, bez których się nie poruszał.
Spakowałem torbę wróciłem do Polski. Łącznie mieliśmy ponad 30 tys długów i ja bez pracy. Miało być pięknie, a było tragicznie. Siedziałem i rwałem włosy z głowy, skąd wziąć pieniądze na podstawowe rzeczy, jak spłacić chwilówki, pożyczki, gdzie koszty rosły w zastraszającym tempie. W desperacji zadzwoniłem do byłego pracodawcy, kulturalnie mnie spławił. Nie dziwię się w sumie, bo zostawiłem pracę z dnia na dzień. Cały czas nie mogłem uwierzyć w to, że Polak Polaka może tak oszukać, że kumpel z podwórka może zrobić coś takiego.
Ależ byłem głupi. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, wyskoczyło kilkanaście opinii. Miał kasę, świetne auto, dom w Hiszpanii, ale nie dorobił się tego uczciwie. Gdybym to zrobił, zanim wykręciłem numer, dziś nie miałbym problemów. Chciałem go dopaść, zrobić coś, by nigdy już nikogo nie oszukał, ale co ja mogłem. Byłem bezsilny. Po kilku kolejnych dniach obmyślania zemsty, zrozumiałem, że nie ma to sensu.
Zacząłem szukać pracy. Poszło nawet szybko, co prawda znów zaczynałem od początku, ale na bieżące życie wystarczyło. Dodatkowo znalazłem pracę jako ochroniarz w hipermarkecie. Luźny grafik i zawsze szło coś dorobić. Sprzedaliśmy samochód za 18 tys zł i spłaciliśmy praktycznie wszystkie chwilówki, poza jedną pożyczką, ale tam się dogadaliśmy. Reszta to były pożyczki od rodziny i znajomych, bez odsetek, mogły poczekać. Ludzie wykazali się dużą cierpliwością, bo do tej pory nie wszystkie pożyczki jeszcze uregulowaliśmy.
W mojej głowie znów gdzieś pojawił się pomysł by wyjechać za granicę do pracy. Żona była nastawiona na nie, nawet groziła rozstaniem. Jednak ja nie ustąpiłem. Tym razem załatwiłem pracę przez dużą, znaną agencję. Umowę podpisałem w Polsce, kierunek Londyn. Stawka nie była tak zachwycająca jak w Niemczech, ale to dawało nadzieję, że są to realne do zarobienia pieniądze. Zaryzykowałem drugi raz. Dziś pracuję w Londynie od kilku miesięcy. Zdążyłem zmienić pracę na lepszą. Nie są to jakieś super pieniądze, ale wystarczą by spłacać miesięcznie długi, na życie dla żony z dziećmi w Polsce i zostaje coś dla mnie.
Planuję tak popracować kilka lat, póki wypłata będzie regularnie wpływać na konto, a potem zobaczymy.
Jurek, Londyn.







