Kredyty miały zrekompensować biedne dzieciństwo
Dziewczyna z małej wsi pod Warszawą. Wychowywana tylko przez mamę, ojciec zmył się jak usłyszał, że mama jest w ciąży. Nigdy go nie spotkałam. Mama pracowała w szkole, jako nauczycielka geografii. Zarabiała niewiele, coś tam jeszcze dorabiała na korepetycjach, ale nigdy nie było nas stać na wakacje, droższe ciuchy czy coś jeszcze. Zdarzało się, że brakowało na jedzenie.
W końcu dorosłam, dostałam się na studia w stolicy, wymarzona architektura stała przede mną otworem. Szybko jednak ocknęłam się z bajki.
Większość ludzi na tym kierunku to dzieci bogatych ludzi, przynajmniej ja na takich trafiłam. Nikt nie liczył się z pieniędzmi. Dzieci architektów, prawników, lekarzy, podróżników, z kasą, perspektywami i problemami typu, gdzie lecieć na weekend.
Czułam się jak szara myszka. Od samego początku zaczęłam pisać swoją historię na nowo, kreując się na jedną z nich. Ojciec inżynier, mama stomatolog z własnym gabinetem – tak opisywałam swój dom. Chciałam być i czuć się jedną z nich.
To straszne poczucie niższości, które w sobie miałam, nie wiem dlaczego, przecież nikomu nie zrobiłam krzywdy, nic nie zabrałam, żyłyśmy z mamą uczciwie, ale tak się tego wstydziłam.
Na studiach wzięłam kredyt studencki, potem drugi, trzeci, tak by przetrwać. Kredyty na ciuchy i zagraniczne wycieczki! By żyć jak oni!
Po studiach pracowałam na dwa etaty, wzięłam kredyt na mieszkanie, kolejny na samochód. Gdy podjechałam nowym samochodem, znajomi oniemieli. Powiedziałam, że to prezent od rodziców. A ledwo już ciągnęłam tą całą farsę!
Zarabiałam duże pieniądze, a tak naprawdę nie było mnie na nic stać. Wszystko oddawałam do banków i prywatnym firmom. Spłacałam kredyt, brałam następny, bo już zaczęły pojawiać się zmarszczki, koleżanki regularnie korzystały z pomocy chirurga, nie mogłam być gorsza.
Pędziłam jak oszalała za tym wszystkim co one miały ot tak. Bo tata podarował, bo mam kupiła, bo bogaty narzeczony sponsorował. A ja na kredytach, niewyspana, zmęczona, cień człowieka, na kilku etatach.
Dokąd zmierzałam? Nie wiem. Pamiętam, jak pewnego dnia usiadłam przed oknem i zobaczyłam małą dziewczynkę, która bawi się z mamą. Przypomniałam sobie jak to było kiedyś cudownie. Nie martwiąc się o pracę, spłatę kredytów i to by cały czas być na fali.
Stanęłam przed lustrem i nie wiedziałam kim jestem. Przez lata oszukiwałam siebie i innych. Nie należałam do tego środowiska i nie wiem dlaczego tak bardzo chciałam. Nie byłam szczęśliwa, byłam sfrustrowana i załamana.
Do tego dochodziły wezwania do zapłaty, bo zaczynało brakować pieniędzy. Bank wypowiedział dwie umowy kredytowe. Czułam, ze spadam na dno. Nie pomagały już kolejne karty kredytowe czy pożyczki prywatne. Długi rosły w zastraszającym tempie, a ja nie miałam już sił, by pracować 24 godziny na dobę, a każdy weekend wieczorami poświęcać się towarzysko, odgrywając rolę bogatej, beztroskiej dziewczyny.
Problemy finansowe zaczęły mnie mocno przytłaczać! Stwierdziłam, że mam dość. Wyceniłam cały swój majątek. Sprzedałam samochód, mieszkanie, cenne drogie rzeczy wystawiłam na aukcję. Na początek wynajęłam kawalerkę na obrzeżach stolicy, żeby pozamykać wszystkie sprawy. Chciałam pozbyć się tego całego ciężaru jak najszybciej.
Samochód sprzedałam z dużą stratą, mieszkanie zresztą też. Nieco udało mi się odbić na markowych rzeczach. Trochę biżuterii, sprzęt rtv, meble też udało mi się sprzedać. Dzięki temu spłaciłam większość swoich długów. Pozostało ok 50 tys zł.
Wróciłam do mamy, do drewnianego domu, pracę w stolicy rzuciłam. Nikomu nic nie powiedziałam, zwyczajnie znikłam. W domu, u mamy poczułam się wreszcie spokojnie, dobrze, jakbym odzyskała dawną siebie. Zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję tego wszystkiego, że luksus wcale nie jest mi do niczego potrzebny!
Otworzyłam działalność, oferuję swoje usługi przez internet. W starym pokoju wygospodarowałam miejsce do pracy. Żyję bez pośpiechu, spłacam jeszcze długi, ale nie martwię się o jutro. To była najlepsza decyzja w moim życiu!
Maja, Warszawa.







