Wadliwy licznik gazu
Ludzie popadają w długi przez kredyty, pożyczki chwilówki, życie ponad stan, utratę pracy, choroby, a ja wpadłam przez głupi licznik gazu. Przez kilka lat próbowałam wygrzebać się z zadłużenia. A wszystko przez zaniechania w urzędach, niekompetencje. Jestem ofiarą? Przez długi czas tak o sobie myślałam. Dopiero gdy przestałam i zaczęłam walczyć o normalność udało mi się wyjść na prostą.
Wszystko zaczęło się dość niewinnie kilka lat temu. Skończyłam studia, ale że nie mogłam znaleźć pracy w Polsce, postanowiłam wyjechać do Anglii. Znajomym się tam powiodło, dlaczego ze mną miałoby być inaczej!
Spakowałam jedną torbę i wyruszyłam w świat. Byłam jedynaczką, ojciec zmarł kilka lat wcześniej. Mama została sama. Miała emeryturę, która wystarczała jej na spokojne życie. Mieszkałyśmy w małym domku pod Opolem.
Pracę w Londynie znalazłam dość szybko. Nie była to praca marzeń, ale na życie i odłożenie wystarczało. Przez rok wiodłam w miarę spokojne życie, poznałam nawet fajnego faceta. Wszystko układało się super. W trakcie jednej z wizyt w Polsce u mamy, po około roku pracy na emigracji znalazłam w skrzynce wezwanie do zapłaty. Zaczęłam grzebać w dokumentach. Z racji tego, że dom był już na mnie przepisany, wszystko było na moje nazwisko, długi też!
Dotarłam do tego skąd jest zadłużenie, 9 tys zł rachunek za gaz! Za rok! Szok! Mama tego nie regulowała, bo niby z czego? W zasadzie też nie chciała mi o tym mówić, żeby mnie nie martwić, próbowała to jakoś odkręcić na własną rękę! Wcześniej na rok miałyśmy we dwie ok 900 zł, czyli 1/10 tego co widniało za poprzedni rok!
Mama nie chciała mnie martwić… Musiałam przedłużyć swój pobyt w Polsce, w końcu zostałam kilka lat! Straciłam faceta i szansę na normalne życie w tamtym czasie. Poszłam do gazowni, by wyjaśnić sprawę! Pokazano mi stan licznika i wszystko się zgadzało wg nich! Odwołałam się przecież to niemożliwe!
Poprosiłam o sprawdzenie licznika, przyszedł jeden miły pan, potem kolejny i w ich opinii licznik był sprawny. Póki co korzystałyśmy z butli gazowej, ale na dłuższą metę nie można było tak żyć! Wymieniłam licznik. Wzięłam pożyczkę w parabanku na niemały procent i spłaciłam cały dług. Podłączyli gaz, za co trzeba było również zapłacić. Wydatki goniły wydatki, a za coś jeszcze trzeba było przecież żyć! Ja w tym czasie nie pracowałam, oszczędności się skończyły.
Nowy licznik wskazywał już zupełnie inne zużycie, rachunek miesięczny zmalał do wcześniejszej kwoty. Postanowiłam skorzystać z prywatnej ekspertyzy, to pociągało za sobą kolejne koszty. Pan powiedział, że faktycznie z licznikiem było coś nie tak, ale do końca nie może tego stwierdzić. Dał mi jednoznacznie do zrozumienia, że nie będzie robił sobie wrogów wśród swoich 'kolegów’ po fachu! Skoro oni stwierdzili, że licznik był dobry, to tak było!
Jednym słowem zaczęła się walka z wiatrakami. Mama wzięła kredyt na pokrycie kolejnych wydatków, łącznie ok 15 tys zł. Korzystałam z pomocy rożnych prawników. Mogłam skierować sprawę do sądu, ale co by to dało? Dla gazowni sprawa była skończona! Dług zapłacony, licznik wg nich w porządku, więc o co mi chodzi!
O zasady! Chciałam udowodnić, że się mylili! Niestety nie udało się! Opinie ekspertów dotyczące starego licznika były różne, jedne że faktycznie nie był sprawny, inne, że wszystko z nim w porządku. Byłam wściekła, a zarazem na skraju. Bez pracy, pieniędzy i nie miałam już po co wracać do Londynu.
Z drugiej strony obawiałam się, że znów coś się wydarzy, mama mnie o tym nie poinformuje, a wszystkie długi idą na moje konto! Musiałam zostać. Znalazłam pracę za marne grosze i wszystko szło głównie na spłatę pożyczek. Łączne zadłużenie, które miałam do spłaty sięgało ponad 40 tys zł. A ja pracowałam za najniższa krajową, jeszcze na jakiejś śmieciowej umowie, z szefem który uważał się za władcę świata i nikogo nie szanował.
Po kilku miesiącach przepychanki z gazownią zrezygnowałam. Może źle zrobiłam, może trzeba było jeszcze powalczyć. Szukałam ludzi podobnych do siebie w sieci i wiem, że niełatwo udowodnić, że licznik jest wadliwy. Odpuściłam, bo szkoda było mi kolejnym miesięcy i zszarganych nerwów.
Wzięłam się ostro za spłatę długów. Wieczorem zatrudniłam się jako barmanka, z napiwków szło wyciągnąć całkiem niezłe pieniądze. Zaczęłam szybciej spłacać pożyczkę i kredyt, który zaciągnęła mama. Większość zarobków szło na pokrycie zobowiązań.
Jedyny wolny dzień jaki miałam to niedziela. To był czas dla mnie. Na spokojnie siadałam co tydzień i analizowałam swoją sytuację. Gdzie mogłam szukałam oszczędności, ale też pozwalałam sobie na małe przyjemności. Życie tylko dla pracy i spłaty długów prowadzi do frustracji, nerwicy, depresji, przynajmniej taka jest moja opinia. Ten jeden dzień w tygodniu, ta niedziela, była dla mnie zawsze takim punktem, na który czekałam cały tydzień. Wtedy po analizie swojej sytuacji finansowej, wyłączałam myślenie, dokładnie tak robiłam. Leżałam przed tv, jeździłam na rowerze, spotykałam się z ludźmi, to był dzień normalności. Każdy takiego potrzebuje. Dzięki niemu szybciej udało mi się spłacić długi.
Zrelaksowana, napełniona energią wracałam w poniedziałek ze zdwojoną siłą. Wiele osób powtarza, że konieczna jest rezygnacja z przyjemności, gdy chcemy wyjść z długów. Maksymalne cięcie wszystkich wydatków. Ja myślę, że jest nieco inaczej. Jeśli nie damy sobie tej chwili oddechu w ciągu tygodnia, nie zrobimy czegoś dla siebie, to jest znacznie trudniej. Każdy człowiek, w tym również ten, który ma długi zasługuje na czas dla siebie, na złapanie oddechu, na chwilę przyjemności. Bo to one dają nam energię do działania. Nie mówię, że mamy wydawać kolosalne kwoty na przyjemności, ale by zarezerwować czas dla siebie bez myślenia o długach.
Nadal pracuję w firmie z mało przyjaznym szefem, ale dostałam umowę o pracę, podwyżkę. Do jego sposobu bycia i charakteru już się przyzwyczaiłam. Dzięki temu doświadczeniu czegoś się nauczyłam. Choć jesteśmy przekonani o swojej racji, nie zawsze możemy ją udowodnić, a wręcz przeciwnie czasem przyjdzie jeszcze do tego dopłacić.
Eliza, Opole.







