Biernie spadając na dno
Los, czynniki zewnętrzne czy charakter mają największy wpływ na długi? U mnie chyba zadziałało wszystko. Teraz po latach dołożyłbym jeszcze do tego bierność i brak edukacji finansowej i to na przekór bo jestem finansistą z zawodu, wykształcenia i zamiłowania. Czy finansista może mieć za małą wiedzę by popaść w długi? Po moim przykładzie widać, że wszystko jest możliwe. Nie pomagają znajomości w firmach windykacyjnych, ani możliwości zaciągnięcia kolejnego kredytu na preferencyjnych warunkach.
Branże bankową znam od podszewki. Świetny doradca, dobry przyjaciel, taki złoty człowiek- tak określali mnie klienci i bliscy. Dostępny o każdej porze i zawsze służący radą i pomocą. Najlepsze wyniki, wszystko najlepsze.
Skończyłem studia z obszaru bankowości na państwowej uczelni. Na dyplomie cztery z plusem, więc całkiem nieźle jak na trudny wg mnie kierunek. Pierwsza praca w okienku bankowym, później menadżer placówki i doradca klientów zamożnych. Szybko jednak stwierdziłem, że stać mnie na więcej. Poza tym zawsze chciałem pracować na swoim, być wolnym ptakiem równocześnie. Zarabiać dobrze, rozwijać hobby, spędzać czas z rodziną. Postanowiłem otworzyć działalność gospodarczą i współpracować z kilkoma bankami, później również firmami prywatnymi. To dawało mi większą swobodę. Jak wiadomo każdy klient jest inny, oferta jednego banku nie zawsze może być na tyle elastyczna, by sprzedać kredyt. Współpracując z bankami i firmami pozabankowymi, miałem znacznie większe pole manewru.
Ktoś chciał pożyczkę bez bik pod zastaw nie było problemu, w ciągu dwóch dni załatwiałem wszystkie formalności. Potrzebny był dobry kredyt gotówkowy bez umowy o pracę, też wiedziałem, w którym banku na sto procent klient dostanie. Oczywiście pośrednictwo kosztowało, ale w końcu to ja załatwiałem wszystko, tłumaczyłem szczegółowo, klient dostawał do podpisu gotową umowę.
Mało tego pomagałem wychodzić z długów.
Jakżeż los bywa przewrotny bo sam ze swoimi nie potrafiłem się uporać, ale to jeszcze nie wtedy. Wówczas nie miałem żadnego kredytu na koncie. Raz wziąłem Providenta, ale to na samym początku, żeby oblać pierwszy sukces, a wypłata była tak marna, że nie warto wspominać. W każdym razie pomagałem ludziom. Dzwonili, płakali, pytali co robić, nie mogą spłacić kredytu albo pożyczki pozabankowej. Jak działać, co dalej? Znałem te wszystkie procedury, spokojnie tłumaczyłem rozwiązania, pomagałem dostać kredyty konsolidacyjne bądź kolejne pożyczki na spłatę posiadanych długów. Rozmawiałem, tłumaczyłem, uruchamiałem kontakty. Wielu skutecznie pomogłem.
W końcu moje konto oszczędnościowe dobiło do 100 tys zł. To był ten czas, gdy postanowiłem budować dom. Zabezpieczenie było, dobra praca była, zdrowie było. Dziewczyna też była. Wziąłem kredyt na bardzo dobrych jak na tamte czasy (2001 rok) warunkach, pół miliona złotych. Miało wystarczyć na działkę i postawienie domu (130 m kw). Dom stanął bardzo szybko, pieniędzy z kredytu wystarczyło. Pozostała jeszcze kwestia wyposażenia. Nie da się ukryć, że to pochłonęło duże pieniądze i konieczne były kolejne dwie pożyczki. Postanowiłem się zapożyczyć u znajomych doradców, starych wyjadaczy, którzy spali na gotówce. Oczywiście wszystko opatrzone umową, terminami spłat itd.
Gdy mój klient przychodził po kolejny, trzeci, czwarty kredyt, mając niespłacone pozostałe, mówiłem, że to nie najlepszy pomysł. Wiele osób uchroniłem przed nadmiernym zadłużeniem, tłumaczyłem, że lepszą opcją będzie zaczekać, nawet jak mieli bardzo dobre zarobki.
Sam jakoś się do tego nie stosowałem. Bo od czasu do czasu brałem jakiś niewielki kredyt czy pożyczkę pozabankową. Do 2008 roku spłacałem wszystko, aż przyszedł kryzys. Kredyty nie szły, banki zaczęły ciąć prowizję, rezygnować ze współpracy. Ja czułem, że się wypalam, że nie potrafię na siłę cisnąć ludziom kredytów, ubezpieczeń, gdy widziałem, że mogą mieć problemy ze spłatą. Młodzi doradcy inaczej na to patrzyli. Był plan, trzeba było go wykonać i tyle, nie ważne jakim kosztem.
Zarobki szły w dół. Oszczędności miałem marne, bo wszystko szło na raty i bieżące życie. Byliśmy z partnerką we dwoje, ale lubiliśmy określony styl życia. W końcu musiałem zamknąć działalność. Ubezpieczyciel przez pół roku płacił raty kredytu na dom. Przestałem spłacać resztę bo nie miałem z czego. Długi rosły w zastraszającym tempie. A ja nie robiłem nic. Byłem totalnie bierny, jakby mnie zamurowało. Swojej kobiecie mówiłem, że wszystko jest dobrze. Do porażki i potwornych długów przyznałem się dzień przed wizytą komornika.
Byłem bankrutem. Siedziałem na kanapie w salonie i miałem pustkę w głowie. Ja cudowny doradca kredytowy mam teraz prosić o pomoc? Jak, kogo? Jaki wstyd myślałem! Gdzie moja wiarygodność! W branży nie miałem już czego szukać! Widzieliście kiedyś doradcę kredytowego, którego zlicytował komornik? Przecież to nie idzie ze sobą w parze! W branży byłem skończony.
Po 40. i nic oprócz sprzedaży kredytów nie potrafiłem robić! Przejrzałem ogłoszenia, nawet na pomoc budowlańca się nie nadawałem! Bardzo szybko mój majątek poszedł pod młotek. Moja kobieta miała mieszkanie po rodzicach, przeprowadziliśmy się tam. To ona nas utrzymywała. Ja siedziałem jak w letargu i dalej nie robiłem nic. Miałem jeszcze duże długi, a nie potrafiłem ruszyć z miejsca. Gdyby nie moja partnerka, to wylądowałbym chyba pod mostem.
Mijały miesiące a ja nie mogłem znaleźć nic. W końcu zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę, do stolicy. Nikt mnie tam nie zna. Mogłem zacząć jeszcze raz. I tak zrobiliśmy. Zatrudniłem się w sklepie ze sprzętem rtv i agd jako doradca na dziale tv. Zarobki od 2 do 4 tys. Pracuję do dziś. Spłacam długi regularnie. Wynajmujemy małe mieszkanie na obrzeżach.
Kusi mnie, by wrócić, by znów zacząć sprzedawać kredyty, ale nie jestem wiarygodny sam dla siebie, w takim razie jak przekonam klienta? Dziś są zupełnie inne standardy obsługi, sprzedaży. Chciałbym spróbować, bo to pomogłoby mi szybciej spłacić pozostałe długi, ale brakuje mi odwagi. Bierność to najgorsze co można zrobić, gdy ma się duże długi.
Andrzej, Warszawa.







