Nie zawsze warto pomagać ludziom
Mimo, że od czasów mojego dzieciństwa upłynęło bez mała ponad 30 lat, nadal uważam, że otrzymałam bardzo porządne wychowanie od swoich rodziców. Zasady, które mi wpoili kiedy byłam mała nieraz zaprocentowały w dorosłym życiu. Rodzice nauczyli mnie, że trzeba w życiu ciężko pracować, że trzeba być uczciwym, lojalnym wobec przyjaciół i, że warto pomagać innym. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie kłopoty ściągnie na mnie pomoc najlepszej przyjaciółce.
Miałam przyjaciółkę, Helenę. Nasze drogi zbiegły się jeszcze w czasach liceum i od razu znalazłyśmy wspólny język. W liceum byłyśmy nierozłączne, również potem nasza przyjaźń przetrwała próbę czasu. Po zdanej maturze, co kiedyś w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów stanowiło pewne osiągnięcie, ja wybrałam się na studia, a Hela poszła do pracy. Obie opuściłyśmy rodzinne miasteczko i zamieszkałyśmy w innych, oddalonych od siebie regionach Polski. Pomimo dystansu pielęgnowałyśmy naszą relację. Helena, z racji że pracowała, gdy ja tylko studiowałam, niejednokrotnie mi pomagała pożyczając drobne kwoty. Mogłam na nią liczyć. Lata mijały, ja skończyłam studia i podjęłam wymarzoną pracę w księgowości, obie znalazłyśmy mężczyznę swojego życia.
Czas mijał, a nasza przyjaźń trwała. Role trochę się odwróciły. Można powiedzieć, że Helka zatrzymała się na tym samym pułapie, gdy ja awansowałam w swojej firmie i zaczęłam zarabiać znacznie lepiej od niej. Mając w pamięci czasy studenckie niejednokrotnie pomagałam Helenie i pożyczałam jej pieniądze. Była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Kilka lat temu przy okazji jednego z grilli, na które lubiłyśmy się umawiać z naszymi rodzinami w okresie letnim moja przyjaciółka poprosiła mnie o pomoc. Razem ze swoim mężem Markiem chcieli otworzyć własną firmę i potrzebowali na ten cel kredytu. Jednak ze względu na to, że zarobki Heleny nie były wysokie, a Marek pracował na czarno na budowie żaden bank nie był skory do przyznania im kredytu. Przyjaciółka zwróciła się do mnie z prośbą, abym została ich żyrantem.
Argumentowała, że ze względu na moje zarobki i umowę o pracę na czas nieokreślony, bank z pewnością udzieli kredytu. Szczerze mówiąc już wtedy nie do końca podobał mi się ten pomysł. Nie miałam problemu z pożyczaniem jej drobnych kwot rzędu kilkuset czy tysiąca złotych, które zresztą nie zawsze nawet oddawała. Jednak wtedy zwróciła się do mnie z prośbą, abym poręczyła za nią przy kredycie na bagatela 50 tysięcy złotych! Odpowiedziałam jej, że potrzebuję czasu do namysłu. Mój mąż Michał, który nigdy nie pałał sympatią do Heleny i tolerował ją tylko ze względu na mnie, stanowczo mi to odradzał. Mówił, że jeśli się zgodzę to oboje będziemy mieli z tego tytułu poważne kłopoty. Och, gdybym tylko się go wtedy posłuchała! Mimo mieszanych odczuć i negatywnego zdania męża na temat całej sprawy, poczucie więzi z Heleną zwyciężyło i zdecydowałam się przystać na jej prośbę. Wierzyłam w nią i powodzenie jej interesu. Życzyłam jej jak najlepiej i bardzo chciałam umożliwić jej polepszenie warunków swojego życia, ponieważ oboje z Markiem ciężko pracowali, a nigdy im się nie przelewało.
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że byłam wielce naiwna. Już przy samym załatwianiu formalności związanych z kredytem były sytuacje, które powinny zapalić mi w głowie alarmową lampkę. Momentami miałam poczucie, że to mi bardziej zależało na tym, aby dostali ten kredyt niż samej zainteresowanej. Koniec końców cały proces ubiegania się o kredyt zakończył się decyzją pozytywną. Byłam z siebie dumna, że pomogłam przyjaciółce. Helena po otrzymaniu kredytu kontaktowała się ze mną coraz rzadziej. Zrzucałam to na karb braku czasu spowodowanego rozkręcaniem swojej działalności. Zresztą w tamtym czasie był to również burzliwy okres dla mnie i Michała, więc zaaferowana swoim życiem prywatnym i zawodowym nie przywiązywałam dużej wagi do tego co się dzieje z tym kredytem. Mijały miesiące, a podczas rozmów telefonicznych Helena zapewniała mnie, że wszystko jest w porządku, a jej biznes rozwija się w dobrym kierunku. Bańka mydlana prysła w momencie, gdy zatelefonowano do mnie z banku z pytaniem o powód opóźnień w spłacie kredytu. Zamurowało mnie, nie wiedziałam co powiedzieć. W tym samym tygodniu rozmawiałam z Heleną, która słowem nie wspomniała o jakichkolwiek kłopotach.
Za namową Michała pojechaliśmy do niej skonfrontować sytuację w cztery oczy. To co zastaliśmy na miejscu nie mieściło mi się w głowie! W mieszkaniu Heleny i Marka panował niemiłosierny bałagan, a moja przyjaciółka była kompletnie pijana. Okazało się, że większość pieniędzy z kredytu nigdy nie została zainwestowana. Gdy interes nie szedł tak dobrze jak spodziewała się tego moja „przyjaciółka” znaczną część pieniędzy przepuścili na wycieczki, ubrania, drogie sprzęty i alkohol. Przynajmniej już wiedziałam, co było powodem nagłego ograniczenia kontaktu ze strony Heleny. Helena stwierdziła, że nie ma zamiaru spłacać tego kredytu, a jej pijany w sztok mąż kazał nam się wynosić z ich domu. Byłam załamana! Mój mąż miał rację, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy! Przez swoją naiwność i bezinteresowną chęć pomocy skończyłam z wielkim długiem do spłacenia. Niweczyło to wszystkie nasze marzenia o kredycie hipotecznym na budowę domu. Na domiar złego jakiś czas później firma, w której pracowaliśmy wspólnie z mężem miała kłopoty finansowe i byliśmy zmuszeni do podjęcia innej pracy za mniejsze pieniądze.
Przykre konsekwencje swojej naiwności ponoszę do dzisiaj. Cała sytuacja spowodowała również kryzys w moim małżeństwie, który jednak udało nam się przezwyciężyć. Ciężko było zrezygnować z dotychczasowego poziomu życia, do którego razem z mężem byłam przyzwyczajona, jednak nie mieliśmy wyboru. Po odjęciu kosztów życia, raty za podżyrowany kredyt i raty za samochód, zostaje nam naprawdę niewiele. Nadal czuję ogromny żal do Heleny, że pieniądze okazały się ważniejsze od naszej przyjaźni. Od tamtego czasu nie utrzymuję z nią kontaktu.
Wystąpiliśmy z Michałem na drogę sądową, aby odzyskać od niej te pieniądze, jednak sprawa utknęła w martwym punkcie. Podobno Helena razem z mężem wyjechała za granicę. Od tej pory nie jestem w stanie komukolwiek zaufać co odbija się również na moich kontaktach z innymi ludźmi. Może niektórzy powiedzą, że i tak mam szczęście, że stać mnie na spłatę rat tego kredytu, jednak to wszystko bardzo odbiło się na mojej psychice. Zmagam się z depresją, która chwilami mnie przerasta. Jedno wiem z całą pewnością – nie zawsze warto pomagać ludziom.
Alicja z Krakowa







