Oszukana przez faceta
Wiem, wiem, takie historie pewnie już słyszeliście. Naiwna kobieta oddaje mężczyźnie swoją kasę! Muszę jednak podzielić się swoją historią, bo ja nie bardzo miałam co oddać, a raczej liczyłam na to, że on mi pomoże, bo tak się obligował!
Zacznijmy jednak od początku, bo gdzieś tam w przeszłości straciłam czujność! Młoda (35 lat), powiedzmy młoda, atrakcyjna (super!), z problemami (mnóstwem)!
To był czas, gdy świat walił mi się na głowę! Zawsze silna, twarda, mocno stąpająca po ziemi. Nagle wszystko zaczęło się walić. Choroba, która wymagała kosztownego leczenia, długie l4, wypadek samochodowy (auto oczywiście do kasacji), w końcu sterta niezapłaconych rachunków. Nigdy nie miałam długów i kredytów, w BIK byłam czystą kartą, wówczas nawet nie wiedziałam jak bierze się kredyt.
Mieszkanie po babci, na samochód zarobiłam, reszta na bieżąco! Byłam dobrą partią na żonę i matkę, ale cóż jak żadnemu facetowi nie było po drodze do mnie! Kiedy więc stanął na mojej drodze fajny, przystojny facet z własnym biznesem, byłam szczęśliwa. Momentami nie mogłam uwierzyć, że zjawił się właśnie wtedy, gdy wszystko się waliło! I szkoda, że uwierzyłam!
Poznaliśmy się przez internet, na portalu randkowym. Bardzo szybko spotkaliśmy się w realu. Nic nie wzbudziło mojej czujności, choć teraz z perspektywy czasu widzę, ile rzeczy przegapiłam. Bywał u mnie, ja u niego nigdy- mieszkał ponoć z rodzicami. Zdarzyło nam się kilka wyjazdów, zawsze ja dawałam swój dowód w recepcji, on się czymś wykręcał. Biznes prowadził w innym mieście, bo ponoć to z kolegą ze studiów. Nie wnikałam! Kolejny błąd!
Martwiłam się wówczas o kasę. Powiedziałam mu o swoich problemach, nie owijałam w bawełnę, że jest różowo, bo nie było, potrzebowałam pieniędzy na leki. Choroba nieco utrudniała mi normalne funkcjonowanie, ale leki pomagały, niestety tanie nie były. Zaoferował się, że pomoże.
Czułam się jak w niebie, spełniał się mój sen. Mówił o ślubie i dzieciach, wierzyłam, że wreszcie mój świat się poukłada. Pewnego dnia przyszedł i powiedział, że wspólnik chce sprzedać część biznesu komuś obcemu. Był załamany, nie miał skąd wziąć 300 zł.
Stwierdził, że dostał kredyt pod hipotekę na 120 tys i brakuje jeszcze 180 tys. Pomyślałam czemu nie ja przy swoim mieszkaniu i całkiem dobrych zarobkach, nie rewelacyjnych, ale dobrych mogę dostać ok 200 tys. W końcu będziemy małżeństwem.
Wzięłam kredyt pod zastaw mieszkania, dostałam 210 tys, chciałam jeszcze kupić nowy samochód. On bardzo nalegał, by przelać mu całość, a swój samochód zostawi mi w zastaw. Tak się stało. Ostatni sms od niego brzmiał: dzięki, pieniążki mam na koncie. Nigdy więcej telefon się nie odezwał.
Dzwoniłam dnia następnego i przez kilka kolejnych. U mych drzwi stanęła policja. Auto, którym się pani porusza zostało skradzione trzy miesiące temu. Osłupiałam! Dokumenty były lewe!
Na szczęście udało mi się wszystko wytłumaczyć, mieliśmy sporo zdjęć. Miałam sms-y, maile, w których pisał bym przelała całość, a on zostawi mi auto. Zaczęli go szukać.
Niestety następne miesiące nie przyniosły rozwiązania sprawy. Została umorzona. A ja z długami. Dostałam mieszkanie w prezencie na dobry start, które muszę spłacać przez własną głupotę. Co mam zrobić? Po pierwszych tygodniach szoku zaczęłam szukać innych kobiet. Opowiedziałam o wszystkim rodzinie i znajomym. Dobrzy ludzie trochę zebrali dla mnie środków, ok 60 tys. Trochę dołożyli rodzice 35 tys zł. Prawie połowa długu bez odsetek. Resztę muszę spłacić.
Podejrzewam, że mój amant dawno jest już za granicą, czyhając na kolejną ofiarę. Za moje pieniądze świetnie się bawi. A ma za co, bo nie tylko ja dałam się nabrać. Miał mi pomóc, owinął mnie wokół palca. Uwierzyłam we wszystko. Dał mi nadzieję, stworzył iluzję, że będziemy bardzo szczęśliwi. Płacę za głupotę i nie mogę tego przeżyć, ale co mam zrobić? Kredyt będę spłacać przez kolejne lata, na szczęście zdrowie powróciło i nie muszę wydawać tyle na leki, ale nie wiem co będzie jak sytuacja znów się pogorszy.
Gdyby nie dobrzy ludzie, którzy mi pomogli w dużej części spłacić już dług, nie miałabym nadziei, że z tego wyjdę, a tak jeszcze jest iskierka.
Weronika, Warszawa.







