Przeciwniczka kredytów
Wolałam skromne życie i powoli się dorabiać niż żyć na kredyt. Od zawsze taka byłam, bardziej odpowiedzialna niż wszyscy wkoło. A jednak to ja dziś spłacam długi.
Nawet mieszkanie kupiłam za gotówkę, 10 lat męki w jednym małym pokoju z dwójką dzieci, mieszkając z teściami w m4. Składaliśmy grosz do grosza, brałam dodatkowe zlecenia, co tylko wpadło, byle zarobić i byle nie brać żadnego kredytu. Mąż wyjeżdżał za granicę na zbiory jabłek do Holandii, wybierając cały urlop. Pracowaliśmy po siedem dni w tygodniu, w końcu udało się kupić mieszkanie z odzysku, dwupokojowe, ale nasze i za gotówkę. Dla dzieci po jednym łóżku, a my na materacu przez dobrych kilka tygodni. Z każdą wypłata kupowaliśmy coś nowego i pomału urządzaliśmy nasze mieszkanie. Po trzech latach było już całkiem dobrze. To było to do czego dążyliśmy, własne, małe bo małe, ale nasze, nie banku!
Żadnych kredytów, pożyczek, chwilówek, zakupów na raty, mogliśmy nieco zwolnić i wreszcie wyjechać na wakacje.
Jak się okazało nie każdy ma takie podejście do życia jak ja. Rodzice wzięli w tajemnicy kredyt na ślub brata. Jego narzeczona chciała wystawne wesele, łącznie wzięli 50 tys zł. Nikomu nic nie powiedzieli. Pewnego dnia, będąc u rodziców, odebrałam telefon z firmy windykacyjnej i sprawa wyszła na jaw. Z dwóch marnych emerytur rodzice nie byli już w stanie spłacać kredytu. Wcześniej ojciec dorabiał, więc dawali radę, problem pojawił się gdy już nie mógł dłużej pracować.
Nie miałam oszczędności, bo przecież wszystko szło w mieszkanie… Brat ulotnił się po angielsku. Z mężem i rodzicami podjęliśmy decyzję, że weźmiemy kredyt, spłacimy ich dług, a oni będą oddawać ile mogą. Łącznie okazało się, że z 50 tys zrobiło się 70 tys. Z mężem bez problemu dostaliśmy kredyt. Początkowo rodzice pomagali, po czterech ratach cisza.
Nasz syn świetnie się uczył, fizyka, to była jego pasja, nauczycielka powiedziała nam, że taki talent nie może się zmarnować, zresztą on sam chciał się rozwijać w tym kierunku. Olimpiady, prywatne lekcje, wyjazdy, kolejne koszty. Nie mogliśmy mu tego zabrać. Mąż wziął pożyczkę z firmy, by pokryć koszty prywatnych zajęć, syn startował w różnych konkursach a to wszystko kosztowało. Gdyby nie kredyt dla rodziców spokojnie dalibyśmy radę.
Jak się okazało rodzice na boku pomagali bratu, bo przecież dopiero się urządzał… Nie skomentuję tego, bo my tyraliśmy na wszystko sami. W każdym razie nie spłacali rat, bo dawali pieniążki na boku bratu. Z resztą stwierdzili, że my mamy ich dość.
Prawdziwe piekło było przed nami. Jeden ze znajomych zaproponował mi świetną inwestycję. To już powinno mnie zaniepokoić! Jego kolega chciał na szybko pozbyć się złota, biżuteria i monety. Spytałam dlaczego sam nie chce kupić, powiedział, że część już odkupił i nie ma więcej wolnych środków. Kolega wyprzedaje, bo wyjeżdża z kraju i potrzebuje nasz szybko gotówki. Było tego dużo. Najpierw zorientowałam się jak stoi złoto czy w ogóle się opłaca i okazało się, że zarobię na tym drugie tyle! Nawet nie powiedziałam mężowi!
Dostałam kredyt, nie wiem jakim cudem bank dał mi kolejny kredyt, ale dał! 20 tys zł. Zapłaciłam, wzięłam złoto. Następnego dnia szybko do jubilera. Rozłożyłam wszystko, sprzedawca spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Myślałam, że jest zaskoczony, że tyle tego jest! A on mi, że to jest tombak i zaczął się śmiać!
Próbowałam dodzwonić się do znajomego, telefon nigdy już nie odpowiedział. Wstydziłam się iść na policję, teraz po latach żałuję.
Byłam w cudownej sytuacji, a raczej byliśmy. Dobrze ponad 100 tys zł długów. Ja przeciwniczka kredytów i szemranych inwestycji, dałam się podejść jak dziecko. Ciąg zdarzeń spowodował, że w krótkim czasie, ze spokojnego życia bez żadnego długu znalazłam się w samym środku piekła.
Powiedziałam mężowi. Było bardzo źle, obwiniał mnie za wszystko! I miał rację kredyt dla moich rodziców i moja naiwność! Nie dawaliśmy rady, jedyną słuszną decyzją była sprzedaż mieszkania i spłata długów.
Tak zrobiliśmy. Po sprzedaży zostało nam jakieś 15 tys zł. Co można z tym zrobić? Nic! U teściów czekał nadal na nas malutki pokoik. Tam też zamieszkaliśmy, z dwójką dorastających dzieci. Tam jest nasze miejsce? Nawet nie mogłam w spokoju popłakać, bo gdzie? Po kilku miesiącach syn wyjechał do szkoły z internatem. Jest nasza nadzieją, podobnie jak córka.
My już tu chyba zostaniemy, nic więcej od życia nie oczekuję, bo nie mam siły walczyć z losem. Wyszłam z długów, ale co z tego…?
Urszula, Mińsk Mazowiecki.







